fbpx
Czytasz właśnie
Wiatr i deszcz w Sydney

Wiatr i deszcz w Sydney

Sklep Apple w Sydney
Jeszcze nikt nie ocenił. Może Ty zaczniesz? Na końcu wpisu możesz przyznać gwiazdki.

Przyjeżdżając do Australii, przywiozłam ogromną walizkę i 7 kg nadbagażu. Spakowałam zwiewne sukienki, letnie buty, t-shirty i bluzki z krótkim rękawem albo na ramiączkach oraz kilka par letnich butów. Postanowiłam, że każdego dnia będę wyglądać pięknie i stylowo, przechadzać się po ulicach miasta, filmować stroje dnia i czuć się jak rodowita mieszkanka Sydney. Australia przywitała mnie trzeciego dnia mojej podróży piękną pogodą. A czwartego dnia rano nad zatokę nadciągnęły chmury, którym towarzyszył dość silny wiatr i w ten sposób po raz pierwszy i nie ostatni pokrzyżowały się moje plany zwiedzania Sydney.

Zobacz też: Wszystkie moje opisy z podróży do Australii

W czwartkowy poranek na niebie gromadzą się ciemne chmury, wisząc nisko nad wieżowcami w The City, a ja szybko zjadam na śniadanie tosta posmarowanego odrobiną Vegemite, pakuję aparat do torby, zakładam tenisówki do skórzanej kurtki, bo eleganckiego zestawu na niepogodę z jakiegoś powodu nie udało mi się spakować do walizki i uciekam na miasto. To zabawne, że pomimo coraz mocniej kropiącego deszczu i silnego wiatru jestem jedyną osobą, która decyduje się na rozłożenie parasola, zakupionego kilka minut wcześniej w przydrożnym sklepiku „ze wszystkim”. Chwilę później ten sam wiatr targa moim parasolem, wygina druty i plącze moje długie, rozpuszczone włosy, starannie wyprostowane przytarganą w tym celu z Polski prostownicą. Cóż, elegantką tutaj nie będę, ale i tak udaję się piechotą w kierunku The City.

Porę wyjścia do pracy mieszkańcy Sydney mają już za sobą, a mimo tego na chodniku mijam mnóstwo osób. To nie ten sam pośpiech, który podobno można dostrzec w Nowym Jorku, ale można wyczuć tutaj podobną atmosferę, gdzie każdy ma coś do załatwienia i nikogo nie interesuje przechadzająca się powolnym krokiem turystka z aparatem u szyi, zadzierająca wysoko głowę próbując dostrzec pnące się ku niebu budynki. To właśnie ten aparat i przewodnik po Sydney zdradzają kim jestem, o czym przekonam się już za chwilę, decydując się na wizytę w okolicznych sklepach.

W centrum biznesowym Sydney podobno można kupić wszystko. Są tu salony sprzedaży samochodów, wypożyczalnie, instytucje finansowe, kawiarnie, restauracje i domy handlowe. Krążę po King Street i George Street, próbując na próżno znaleźć znane mi marki, bo nazwy wszystkich sklepów, do których trafiam, brzmią zupełnie obco i początkowo tylko Zara wpada mi w oko jako sklep, który świetnie znam i kojarzę. Ceny, w przeliczeniu na złotówki, są tu dość wysokie. To nie to samo co Paryż czy Berlin, gdzie koszty ubrań czy akcesoriów podane w euro są równe cenom w polskich złotych, obowiązującym w naszych sklepach. Udaje mi się jednak kupić dwie torebki kopertówki za 18 dolarów i tym sposobem robię w Australii swój pierwszy „interes życia” :).

Podczas mojej wędrówki po deszczowym centrum Sydney znajduję trzy domy handlowe: Myer i David Jones oraz Westfield, które zwiedzam, kiedy na zewnątrz leje jak z cebra. Z witryn sklepowych wołają do mnie piękne buty Louboutin, torebki Louis Vuitton, Prada, Michael Kors, Chanel i Gucci. „Moje przyszłe czarne szpilki i moja przyszła, skórzana torebka” – śmieję się w duchu, patrząc na ceny, które przyszłoby mi za nie zapłacić. Tutaj, w Australii, poziom życia jest wyższy i wkrótce okaże się, że pracownice działów obsługi klienta i marketingu, które co prawda może nie mają własnych mieszkań czy samochodów, spokojnie mogą pozwolić sobie na zakup produktów droższych marek.

Zobacz też
Watsons Bay - widok na wzgórze

Louboutin i Prada w Sydney
Louboutin i Prada

Zakochuję się w bieliźnie La Senza, nabywając piękny, czerwony komplet z koronki i w poziomie obsługi ze strony sprzedawców. To zupełna abstrakcja dla przyzwyczajonej do polskich realiów kobiety, która wchodzi do sklepu i od razu jest z uśmiechem witana oraz pytana o to jak się miewa. „Hi, how are you doing?” – wielokrotnie przyjdzie mi to tutaj usłyszeć, tymczasem chwilę zajmie mi przyzwyczajenie się do odpowiadania „I’m ok, how are you?” albo ”I’m ok, thank you”. Tutaj można liczyć na fachowe, nienachalne porady i lekkość rozmowy, bez zbędnego spinania, bez infantylnych zdrobnień czy porównań, a zakupy stają się dzięki temu jeszcze przyjemniejsze.

Tę lekkość i luz czuje się nie tylko w przypadku kontaktu ze sprzedawcami. Australijczycy po prostu są inni od Polaków. Uśmiechają się do siebie, przechodząc chodnikiem czy ulicą. Z łatwością nawiązują rozmowę, interesując się tym, skąd przyjechałam, dokąd zmierzam i jak to jest u nas, na drugim końcu świata. Są pogodni, zadowoleni z życia i otwarci. Co prawda nie zawsze wiedzą, gdzie leży Polska i skąd wziął się taki kraj na mapie, ale przecież akurat tego mogę ich zawsze nauczyć :).

Podoba Ci się? Oceń lub zostaw komentarz 🙂

3 komentarze

Leave a Reply

Your email address will not be published.

© 2009-2021 | Dorota Kamińska blog kulinarny, przepisy, podróże i styl życia | Wszystkie prawa zastrzeżone | Część odnośników na blogu to afiliacyjne linki partnerskie | Moja książka: Superfood | Silnik: Wordpress | Serwer: Bookroom