Współpraca z blogiem kulinarnym - przeczytaj | Dorota Kamińska
Czytasz właśnie
Współpraca z blogiem kulinarnym

Współpraca z blogiem kulinarnym

5/5 (1)

Obserwując rozwój wydarzeń związanych z „niewypałem” współpracy marki Bakal z blogerkami kulinarnymi, od razu myślę o propozycjach, które sama regularnie otrzymuję i które niezmiennie sprawiają, że z niedowierzaniem przecieram oczy, po czym szeroko otwieram je ze zdziwienia. W ciągu całego tygodnia przychodzi ich z reguły po kilka i czasem są tak, nazwijmy to, zaskakujące, że z trudem po raz kolejny kopiuję i wklejam swoją standardową, przygotowaną specjalnie na tę okazję odpowiedź. Współpraca z blogiem kulinarnym to dla wielu firm wciąż, niestety, abstrakcja.

Na szczęście jest na rynku kilka firm, które potrafią współpracować z blogerami, w tym również z nami, „kulinarkami” i zanim przejdę do dalszej części artykułu, za miłą współpracę reklamową, która trwa nieprzerwanie od września 2011 roku, chciałabym podziękować Makro Cash and Carry, w którym zaopatruję się w produkty, które od czasu do czasu pokazuję w moich filmach, firmie Intel za to, że wyszła poza branżę IT i przekazała mi bardzo fajnego ultrabooka czy sklepowi Włoszczyzna, dzięki któremu mam całą szufladę silikonowych foremek i innych akcesoriów do pieczenia ciast. Na pochwałę zasługuje też na pewno agencja Blog Ninja Mirka Połyniaka, którego uważam za jednego z największych ekspertów w dziedzinie współpracy na linii bloger-agencja i z którym współpracowałam przy kampanii promującej projekt Koalicja RSM.

A od wczoraj w blogosferze kulinarnej oburzenie wywołane przez firmę Bakal i jej nieprofesjonalne podejście do współpracy z blogerkami kulinarnymi. Nie będę wdawać się tu w szczegóły, bo zostały już nakreślone choćby we wstępie artykułu Szymona Ślipko i znajdziecie tam zdjęcie nieoznakowanych produktów rzekomo wartych 100 zł, które otrzymała blogerka, ale napiszę, co sądzę o pewnych propozycjach współpracy przesyłanych mi przez różne, te mniej i te bardzo dobrze znane firmy. Mam nadzieję, że to przeczytają i wyciągną wnioski i celowo pomijam imiona, nazwiska i nazwy marek, a czasem nieco upraszczam treść cytowanej korespondencji.

Współpraca „na ty”

Może jestem staroświecka, ale nic nie jeży mi włosów na głowie bardziej niż e-mail od przedstawiciela firmy lub agencji, w którym czytam:

„Cześć! Od jakiegoś czasu uważnie śledzę Twojego bloga i jestem pod ogromnym wrażeniem ilości przepisów, jakości zdjęć i filmów i zaangażowania, jakie w to wkładasz” – to jeden ze standardowych tekstów.

Przedstawiciele firm czy pracownicy agencji często kopiują i wklejają taki tekst do wszystkich maili wysyłanych do blogerek i blogerów kulinarnych, albo upraszczają sobie sprawę, wysyłając wiadomość do całej bazy adresowej jednocześnie (pół biedy, jeśli nasze adresy umieszczą w kopii ukrytej). Zawsze korci mnie, żeby użyć wtedy opcji „odpowiedz wszystkim” :). A mój włos jeży się na głowie, ponieważ w tym roku kończę 32 lata i o ile nadawca wiadomości nigdy nawet nie skomentował żadnego mojego wpisu na blogu czy stronie fanów na FB, a z reguły ma tyle lat, że mogłabym być jego/jej matką, dlaczego pisze do mnie „na ty”? Zwykle odpisuję wtedy w formie grzecznościowej „Pani/Panu” i włos jeży mi się ponownie, kiedy taka osoba znów do mnie pisze i nadal, z uporem maniaka, odzywa się do mnie jak do swojej kumpeli ze szkolnej ławy. Może ktoś powie, że to stwarzanie sztucznej bariery, spotkałam się już nawet z opinią, że współpracę z osobą, która życzy sobie, żeby do niej zwracać się w formie grzecznościowej, należy sobie odpuścić, ale nadal jestem zdania, że wobec obcych osób, których nie znamy i które nie znają nas, warto tę formę grzecznościową stosować.

Współpraca za mąkę, budyń, jogurty

Blogerzy technologiczni dostają komputery czy tablety, a blogerki kulinarne otrzymują propozycje testów jogurtów, mąki i budyniów. Oczywiście, jogurty, mąki i budynie mogą być różne, ale czy nie uważacie, że recenzja mąki jednej marki na blogu to po prostu jej reklama? I to niekoniecznie w odczuciu autora wpisu, bo ten często faktycznie rekomenduje na blogu produkt, z którego jest zadowolony i którego używa, ale w odczuciu firmy? To jest darmowa reklama – tzn. tania reklama – za jogurt :). Oczywiście, każdy wycenia swoją pracę tak jak chce, a dla bloga notującego niewielką liczbę odwiedzin miesięcznie taka przesyłka, nawet o wartości 100 zł, może być atrakcyjnym wynagrodzeniem (sama godziłam się na taką współpracę 3 lata temu, jak odwiedzało mnie 50 osób dziennie). Problem w tym, że agencje zdają się nie odróżniać blogów większych od mniejszych i tym samym najpopularniejsze polskie blogerki, które odnotowują więcej wizyt miesięcznie na blogu niż wynosi nakład niejednego poczytnego pisma kulinarnego, dziwią się, skąd komuś mógł przyjść do głowy pomysł wysłania tak żenującej propozycji. Gorzej: firmy wydają krocie na reklamę w telewizji, radiu i prasie kolorowej, współpracują z sieciami reklamowymi, którym płacą niemałe pieniądze, a budżet na działania w blogosferze często w takiej firmie z góry zakłada się zerowy, bo przecież „one i tak zrobią to za darmo”.

Współpraca „na warsztaty kulinarne”

„Pani Doroto, serdecznie zapraszamy Panią na warsztaty kulinarne, które odbędą się w znakomitej warszawskiej restauracji, a poprowadzi je najbardziej znany szef kuchni w Polsce. Uprzejmie prosimy o potwierdzenie przybycia” – czytam podobne zaproszenie w czterech mailach przysłanych do mnie w ciągu ostatnich 30 dni.

„Witam, jestem spoza Warszawy, czy przewidzieli może Państwo transport i nocleg dla blogerów?” – pytam.

„Witam, transport i nocleg są we własnym zakresie uczestników, ale mimo wszystko mamy nadzieję, że Pani przyjedzie”.

I tutaj wypadałoby odpisać:

„Dojazd do Warszawy kosztuje mnie ok. 250 zł w obie strony. Pociąg jedzie do stolicy przez 7 godzin, dlatego konieczny będzie nocleg, zapewne w cenie ok. kolejnych 250 zł, bo nie muszę spać w luksusowym hotelu. Udział w warsztatach zobowiąże mnie (w Państwa przekonaniu) do przygotowania relacji na blogu. Ziścił się koszmar blogerek i blogerów kulinarnych: trzeba dopłacić, żeby kogoś zareklamować”.

Współpraca „na jurora”

„Pani Doroto, organizujemy konkurs promujący naszą markę w internecie i szukamy jurora, który oceniłby nadsyłane prace” – czytam w mailu od pewnej znanej sieciówki z wyposażeniem wnętrz. „W zamian za poświęcony na przejrzenie ok. 100 prac czas proponujemy promocję Pani bloga w naszym serwisie i wszystkich materiałach związanych z konkursem”.

„Pal licho, trochę dużo tych prac, ale mogłabym się skusić” – myślę i od razu czytam dalszą część wiadomości:

„Oczywiście chcielibyśmy, żeby na bieżąco relacjonowała Pani przebieg konkursu na swoim blogu, w celu uwiarygodnienia rzetelnego wyboru zwycięzców i zaangażowała Czytelników w wyrażanie swoich opinii, za co najciekawsze wypowiedzi nagrodzimy kubkami, a w zamian za Pani pracę też przygotowaliśmy prezent”.

Przeliczam w pamięci potencjalną wartość poszczególnych produktów i wychodzi mi, że przez miesiąc nie tylko się napracuję, ale będę promowała tę znaną markę na łamach mojego bloga i dostanę za to zestaw kubków i ściereczek za 100 zł. Może za 150. Grzecznie odpisuję, na jaką kwotę wyceniłabym taką współpracę (a jest ona duuużo wyższa), czytam jeszcze maila z odpowiedzią, że „firma rozumie, oczywiście, ale chodziło „tylko” o to, żeby Pani została jurorem”. Jestem przepracowana, może coś przeoczyłam. Dzwonię do koleżanki „po fachu”, też blogerki, bardziej „poczytnej” ode mnie. Też dostała tę ofertę. Zrozumiała ją tak samo jak ja. To teraz ja już naprawdę nic nie rozumiem :).

Współpraca „informacja prasowa”

Bardzo lubię czytać informacje prasowe, dzięki którym wiem co dzieje się na rynku i jakie nowe produkty warto byłoby kupić. Ale nigdy nie publikuję informacji prasowych i przed zapytaniem mnie o to, kiedy dana informacja zostanie zamieszczona na Pozytywnej Kuchni, warto byłoby poklikać trochę po blogu i zorientować się, że nie mam nawet odpowiedniego działu, do którego mogłabym to wrzucać :).

Zobacz też
Mule - jak czyścić

Współpraca „na wymianę linkami”

„Wymieńmy się linkami, ja polecę u siebie na stronie Twojego bloga, a Ty na blogu mój sklep” – czytam we wtorek rano, popijając ulubioną herbatę.

„Dziękuję, niestety nie wymieniam się linkami” – odpowiadam.

Współpraca „na udostępnianie przepisów i zdjęć w zamian za autopromocję”

„Robisz bardzo piękne zdjęcia i pobraliśmy sobie kilka, polecając je na naszej stronie” – pisze przedstawiciel z agregatora przepisów kulinarnych.

„Witam, proszę o usunięcie fotografii i tekstów umieszczonych bez mojej zgody na Państwa stronie. Jeśli uznam Państwa stronę za interesującą, sama się tam zarejestruję i pozwolę pobierać moje fotografie przez kanał RSS”.

„Pani Doroto, bardzo chcielibyśmy skopiować Pani przepisy na naszą stronę i polecić naszym czytelnikom, oczywiście linkując do źródła, co będzie dla Pani fantastyczną formą promocji” – czytam wielokrotnie, w różnych wersjach.

„Witam, w te linki i tak nikt u Państwa nie kliknie, a skoro Państwa czytelnicy znajdą moje przepisy na Państwa stronie, niby po co mieliby czytać je drugi raz u mnie?” – chcę odpisać, ale grzecznie dziękuję za propozycję współpracy i odmawiam.

Zastanawia mnie zawsze, co by te wszystkie agencje powiedziały, gdybym zaproponowała im przeprowadzenie miesięcznej kampanii PR promującej mojego bloga w zamian za dobre ciasto, a może nawet i dwa. I napisała, że jestem pod ogromnym wrażeniem ich pracy, a efekty śledzę na bieżąco. Oraz, że to będzie dla nich fantastyczna forma promocji.

Napiszcie o swoich mailowych przygodach związanych ze współpracą na linii bloger-firma lub bloger-agencja. Może uda nam się stworzyć kolejną kategorię? 🙂

Podoba Ci się? Oceń lub zostaw komentarz 🙂

15 komentarzy
  • Dzień dobry 🙂 Ja się wypowiem z drugiej strony 😉
    Pracowałam trzy lata temu w firmie PR, gdzie przy kilku ogólnopolskich kampaniach zajmowałam się głównie komunikacją z mediami itp
    Jako pierwsza w naszej firmie zaproponowałam współpracę z blogerami (w tamtym przypadku modowymi). Długo nie mogłam przeforsować mojego pomysłu, bo szefowie, mimo iż młodzi to patrzyli na blogi jak na jakiś szatański wynalazek i nie byli w stanie sobie wyobrazić jak to niby na tym blogu się będzie można wypromować. Kiedy w końcu się zdecydowali, to postanowili potraktować blogerki jak darmowe słupy ogłoszeniowe – no bo przecież nie można jakiś tam dziewczyn fotografujących swoje ciuchy traktować poważnie. Odmówiłam firmowania takiej akcji swoim nazwiskiem, więc maile kazali wysyłać studentce na bezpłatnej praktyce. Oczywiście nikt naszej oferty nie potraktował poważnie. Było kilka zapytań, w większości brak odpowiedzi; więc temat współpracy z blogosfera się urwał, co moi szefowie oczywiście uznali za dowód ich racji. Po czym wydali kupę kasy na reklamy w prasie ogólnopolskiej, na które i tak mało kto tak naprawdę zwrócił uwagę (w przeciwieństwie do bloga, który czytelników ma mniej niż popularny dziennik, ale za to target modelowy)
    Niestety z tego co do tej pory widziałam w polskich firmach myśli się głownie kategoriami „wydrzeć od nich jak najwięcej się da”, a idea traktowania nie tylko blogerów ale i media i instytucje i firmy jako partnerów to pokazywanie, że się jest idiotą :/
    Jak nietrudno się domyślić, już w tej branży nie pracuję i kibicuję blogerom, żeby nie dali się wykorzystywać. Oby więcej takich wpisów jak ten, żeby początkujący nie tylko nie byli naiwni, ale nauczyli się szanować i siebie i swoją pracę.
    Pozdrawiam serdecznie

  • Od 3 lat piszę „dzieciowego” bloga (o moim synku, który w tym roku kończy 6 lat). Na maila nagminnie dostaję jednak propozycje testowania produktów dla niemowląt i matek karmiących. Najpierw mnie to śmieszyło, ale z czasem zrobiło się to żałosne… Ile można czytać: „Ponieważ ma Pani dziecko w wieku niemowlęcym, chciałabym Pani zaproponować możliwość przetestowania produktu…”?

  • Jestem naiwna. Nie miałam pojęcia, że to dzieje się na taką skalę. A jednak…Prowadzimy portal (młode mamy), piszemy artykuły dla rodziców, testujemy i też otrzymujemy zabawne maile, a wiadomości z PR to masowo. Ostatnio ciekawy mail od znanego producenta telewizorów: informacja prasowa jakoby tv miał pomagać dziecku w zasypianiu!!! A tak poza tym z ciekawszych: propozycja przetestowania pasztetu za 2 zl i opublikowania obszernego artykułu na stronie…Plus w „gratisie” dziesięć pasztetów na konkurs 😉

  • Właśnie przeczytałam artykuł dotyczący współpracy. Muszę przyznać, że faktycznie sporo jest przykładów nieuczciwości, jeśli można tak to nazwać. Rozumiem dlatego zniechęcenie w tej kwestii:) Nie prowadzę bloga, jednak koordynuję dużą ogólnopolską kampanię społeczną dla Kobiet. W ramach akcji podejmuję wiele partnerstw. Chodzi o to by idea, którą promujemy dotarła do jak największego grona odbiorczyń. Do tej pory muszę przyznać, że spotkałam się tylko z jednym rażącym przykładem nieuczciwej współpracy, nastawionej na asymetryczną relację i faktycznie partnerstwo zostało rozwiązane. Wiele jednak zyskałam. Jestem przekonana, że jeżeli znajdzie się odpowiednich partnerów i wspólny język, to można zdziałać więcej. Podstawą jednak jest zbudowanie długofalowych relacji, no i oczywiście dobra energia!. Pozdrawiam i życzę ciekawych propozycji współpracy, a nie tylko tych asymetrycznych:)

  • Dorotko z wielką przyjemnością przeczytałam Twój post. Ja już o swoich przygodach pisałam u siebie na blogu i też był duży oddzwięk, bo dziewczyny mają dużo ale to dużo doświadczeń.

    Generalnie w skrócie: zdarzało mi się pisać za herbatkę, jak byłam młoda i glupia;)
    Mój blog nie może konkurować z Twoim pod względem liczby odwiedzin, jednak z biegiem czasu coraz bardziej doceniam swój wkład: domena, hosting, profesjonalne obiektywy (choć jeszcze nie pełna klatka), legalny program do obróbki zdjęć.

    Propozycji jest mnóstwo, ale też druga strona medalu ejst taka,że ktoś chętnie tym jurorem będzie i te jogurty przygarnie. Tak jak pisałam u siebie na blogu – pod wpisem firmy Bakal zaraz pojawiły się głosy: „ja nie jestem wybredna, co zrobić, żeby dostać te bakalie?”, „proszę dajcie!”. Więc to logiczne, że firmy szukają jak najtaniej (najbardziej żenujące są te, które mają potężne budżety na reklamę w TV np. a Tobie dadzą byle co) i wiesz, w końcu znajdą!

    Piszę tu o małych blogach – mój się nie umywa pod względm liczby odwiedzin do Twojego – ale wielu firmom te małe blogi wystarczą.

    Pozdrawiam~!

    ps. moja ulubiona: na fartuszek <3

  • Ładnie napisane! Co prawda mnie to nie dotyczy, bo kto przy zdrowych zmysłach chciałby współpracować z Czyprakiem, który bałaka jak poczochrany, ale fajnie poczytać, jakie przypały pracują w mających się prawdopodobnie za porządne firmach.

    Troszkę z innej beczułki, ale nie za bardzo. Ostatnio miałem jazdę, nie z powodu blogowania, co dowodzi, że firmy nie umieją współpracować nie tylko z blogerami, ale i ze zwykłymi klientami. Kupiłem mianowicie butelkę brandy do posączenia wieczorem, ale okazało się, że ze smaku, który lubię, nie zostało nic. Czysty żywy spirytus rozcieńczony wodą i zabarwiony herbatą. A tak mi się marzyło cygarko i szklaneczka czegoś pysznego… Napisałem do dystrybutora z zapytaniem, czy paskudny smak to nowa świecka tradycja, czy wypadek przy pracy. Nie chciałbym się naciąć ponownie. W odpowiedzi dostałem maila następującej treści: Witam, proszę o podanie danych osobowych i adresowych. Koniec maila. Naprawdę. Żadnych, że jest nam przykro, że zaręczamy, że dbamy o jakość i na dowód możemy wysłać miły prezencik jeżeli podam dane do wysyłki. Odpisałem, że to chyba trochę chamskie, i że skojarzyło mi się z wirusem albańskim. Podaj dane osobowe. Numer karty kredytowej i PIN też? Jeszcze tego samego dnia przyszła odpowiedź, w której zostałem lekko zbesztany, że przecież było „witam”, więc czego się czepiam. A poza tym, to czy chcę rekompensatę, czy nie, bo oni już nie wiedzą. Zakończyłem korespondencję słowami, że do napisania kilku słów wyjaśnień adres mailowy chyba wystarczy, a przerażeniem napawa mnie, że mógłbym dostać taką samą kupę, jaką wcześniej kupiłem. No bo w końcu żadnych wyjaśnień czy informacji nie otrzymałem. Nie czekam na kolejnego maila od tych gamoni, a brandy chyba będę kupował inną 😉

  • Na obrcnym blogu jeszcze nie dostaje tak swietnych propozycji wspolpracy (no poza wymiana „lajkami” na FB), ale kiedys pamietam jak jedna z agencji zlecala napisanie artykulu sponsorowanego w ktorym mialo pasc ze 30 slow kluczowych. Oczywiscie artykul byl przez to zupelnie pozbawiony sensu, ale zaakceptowali go. pieniedzy nie zobaczylem i nie zobacze bo obecnie agencja ta dosc mocno zwinela zagle po serii swoich wpadek.
    Druga ciekawa sytuacja miala miejsce gdy jeden z wpisow zabolal pewna firme. Otrzymywalem prawie ze grozby na maila i gg, a gdy zapytalem o co tak wlasciwie chodzi dostalem odpowiedz, ze niektore posty godza w dobre imie ich firmy i sa nieprawdziwe i mam je usunac. Poprosilem zeby paluchem pokazali ktore konkretnie. Odpowiedz byla bardzo konkretna: „pan jest autorem tego bloga i to pan powinien sam o tym wiedziec”. Do tego jakies grozby ze sad, wiezienie itp. Wpis ma sie dobrze i jest najchetniej czytanym rowniez na nowym blogu. A troche liczylem na to, ze zaczna jakas akcje przeciwko mnie. 🙂

    • Witaj Doroto, świetnie to ujęłaś. Nie będę tu mnożyć swoich przykładów różnych propozycji, które otrzymuję, bo wiele z nich jest bardzo podobnych. Niemniej jednak opiszę pewną sytuację, z której śmieje się do dziś (a raczej śmieję się sama z siebie), a miała ona miejsce już dwa lata temu; bloga prowadzę prawie 4 lata). Na swoim blogu, gdzie piszę o ciąży, porodzie i karmieniu piersią (ale z punktu widzenia eksperta, a nie jako mama). Pisałam kiedyś sporo o wodzie do picia. Pisałam o tym, że kobiety w ciąży i karmiące piersią powinny pić wodę przynajmniej średniomineralizowną, a najlepiej wysokomineralizowaną. Tymczasem wielu producentów wód źródlanych, które idealnie nadają się dla niemowląt – do przyrządzania mieszanki mlecznej czy zupki, poleca je również z uporem ciężarnym i karmiącym (bo przecież to, co dobre dla dziecka, jest najlepsze dla mamy). Pisałam na ten temat posty na blogu, społecznie brałam też udział w akcji edukacyjnej na ten temat przez portal http://www.wodadlazdrowia.pl. Po opublikowaniu tych postów, zaczęłam dostawać różne propozycje od producentów wód źródlanych. Odmawiałam ze względu na to właśnie, że wprowadzają oni konsumentów w błąd i jest to niezgodne z tym, co pisałam na blogu. Z przedstawicielką jednej z tej firm ustaliłam w końcu, że mogę napisać post na temat wody, którą można polecić niemowlęciu i przy okazji przedstawić ich produkt (oni zapewniali, że zmieniają strategię reklamy i tworzą stronę na temat wyłącznie pojenia niemowląt). Za rekomendacje miałam za to otrzymać ZAPAS wody. No i w swojej naiwności zaczęłam się poważnie zastanawiać, GDZIE JA TEN ZAPAS W DOMU USTAWIĘ, tak by nie zawadzał za bardzo domownikom…. Otrzymałam jedną zgrzewkę wody w dużych butelkach i jedną w małych. Tu skończyła się moja naiwność ;), ale wciąż się z siebie śmieję.

      • To się obłowiłaś ;). Ale kwestia tej wody mineralnej jest bardzo interesująca, w życiu bym nie pomyślała, że w ciąży powinno się pić wysokomineralizowaną, czyli gazowaną.

        • Doroto, nie każda woda wyskomineralizowana jest wodą gazowaną. Owszem, gazowane są bardziej popularne, bo duża ilość minerałów daje posmak wodzie. Nie każdy jest w stanie zaakceptować taki smak, wtedy postać gazowana trochę to niweluje. Ale w ciąży można i gazowaną pić, jeśli się nie ma po tym wzdęć czy innych sensacji. Nie jest to szkodliwe dla samego dziecka. Za to pijąc wodę z większą ilością minerałów, które w ciąży są bardzo potrzebne (wapń i magnez, w niektórych wodach także jod), uzupełniamy je przy okazji. Bardzo przepraszam, że piszę tu nie na temat Twojego postu, ale wywołałaś mnie do odpowiedzi (a to mój bardzo ulubiony temat). W każdym razie, gdyby kiedyś temat Ciebie dotyczył, mogę polecić kilka artykułów. 😉

          • Dorotko, mam prośbę: jeśli możesz, wyedytuj mój pierwszy komentarz, bo tam zakradł się chochlik. Jest: „a miała ona miejsce już dwa lata temu bloga prowadzę prawie 2 lata”. żeby to miało sens, powinno być: „a miała ona miejsce już dwa lata temu, bloga prowadzę prawie 4 lata”. Bardzo dziękuję.

          • Jestem zaskoczona, że są wody niegazowane wysokomineralizowane. Nigdy się z takimi nie spotkałam, ale też nigdy ich specjalnie nie poszukiwałam :).

Leave a Reply

Your email address will not be published.

© 2009-2021 | Dorota Kamińska blog kulinarny, przepisy, podróże i styl życia | Wszystkie prawa zastrzeżone | Część odnośników na blogu to afiliacyjne linki partnerskie | Moja książka: Superfood | Silnik: Wordpress | Serwer: Bookroom