fbpx
Czytasz właśnie
Pierwsze wrażenia z Sydney

Pierwsze wrażenia z Sydney

Widok z Potts Point na The City w Sydney
Jeszcze nikt nie ocenił. Może Ty zaczniesz? Na końcu wpisu możesz przyznać gwiazdki.

Po kilkunastogodzinnym locie z Abu Dhabi o 6 rano samolot linii lotniczych Etihad dociera do Sydney. To niesamowite uczucie, przelecieć samolotem niemal nad całą kulą ziemską i na znajdującym się przy fotelu ekranie móc obserwować moment lądowania dzięki zamontowanym w różnych częściach zewnętrznych samolotu kamerom. Sydney dopiero będzie się budzić do życia, a ta pora to czas, w którym otwiera się zamknięte przez całą noc lotnisko. Jeden za drugim lądują tu teraz oczekujące na swoją kolej samoloty, a przy bramkach z kontrolą paszportową oraz maszynach prześwietlających bagaże i stanowiskach celników już za chwilę zaczną tworzyć się długie kolejki podobnych do mnie podróżników, ciekawych pięknych widoków Australii.

Zobacz też: Wszystkie moje opisy z podróży do Australii

Przez całą podróż, a nawet jeszcze przed jej rozpoczęciem, towarzyszył mi lekki niepokój – obawa o to, że na którymś z jej etapów coś pójdzie niezgodnie z planem i ostatecznie nie uda mi się dotrzeć do mojego wymarzonego celu. Bałam się, że nie zdążę na autobus, potem zastanawiałam czy aby na pewno autokar się nie zepsuje w drodze do Pragi, następnie obawiałam o wszystkie możliwe loty i dojazdy na lotnisko, a ostatecznie, lecąc z Abu Dhabi do Sydney zastanawiałam czy przypadkiem to właśnie tutaj, niemal u celu, nie dostanę odmowy wjazdu na teren Australii. Ostatecznie, uśmiechnięta i zmęczona, z odrobiną nadmiaru whisky i tytoniu, przechodzę wszystkie punkty kontrolne i po raz pierwszy, teraz już oficjalnie, stawiam swoją stopę na australijskiej ziemi.

Po godzinie, którą zajęły wszystkie kontrole połączone ze staniem w kolejce oraz oczekiwaniem na dobrą duszę, która miała odebrać mnie z lotniska, wreszcie wsiadam do samochodu, próbując oczywiście usiąść najpierw po stronie pasażera, bo przecież w Australii samochody jeżdżą lewą stroną jezdni, a kierownica znajduje się po prawej stronie auta. Auto mknie lewą stroną podmiejskiej autostrady, która nawet o tej porze jest dość mocno zakorkowana, ale po kilkudziesięciu minutach wreszcie jestem w Kings Cross – miejscu, w którym przez najbliższe kilka tygodni będę mieszkać i z którego będę do Was pisać.

Widok z Potts Point w Sydney na most Harbour Bridge i operę
Widok z Potts Point w Sydney na most Harbour Bridge i operę

Najlepszą metodą na jetlag, niezależnie od kierunku podróży, jest położenie się spać wtedy, kiedy w miejscu, do którego przyjechaliśmy, zapada noc. Czeka mnie zatem cały dzień walki ze zmęczeniem, ale kto czułby się zmęczony, mając z okna widok na The City, most Sydney Harbour Bridge oraz fragment Sydney Opera? Patrzę przez okno i już wiem, że codziennie, po przebudzeniu, będę zachwycać się pięknem tego co widzę i nie dowierzać, w jaki sposób się tu znalazłam.

To chyba znak informujący o przejściach dla pieszych?
To chyba znak informujący o przejściach dla pieszych?

Czym jest w dzisiejszych czasach odległość, kiedy Internet umożliwia rozmowę wideo z moją rodziną, a samolot dotarcie do dowolnego zakątka na ziemi? Odległość jest tęsknotą za miejscami, które kochamy, w których byliśmy i na myśl o których mocniej biją nasze serca. Odległość to wspomnienia pielęgnowane w pamięci oraz marzenia o podróżach, których jeszcze nie było nam dane odbyć. Chociaż teraz nie czuję jeszcze tego, że stąpam po drugiej stronie kuli ziemskiej, już wiem, że po powrocie do Polski moje myśli często będą tu uciekać i na mojej liście najciekawszych miejsc Sydney zajmie zaszczytne miejsce obok ukochanego Paryża, cudownie klimatycznej Pragi czy dalekiego Tajpej.

Postanawiam od razu rozpakować swoje rzeczy i uporządkować je na półkach ogromnej, sięgającej sufitu szafy. Ten niewielki pokój z szafą, łóżkiem i ogromnymi oknami przez najbliższe tygodnie będzie moim miejscem powrotów z wojaży po dużym mieście. Wojaży, które rozpoczynam natychmiast po rozpakowaniu walizki, udając się na spacer do okolicznego, wybudowanego na wielopoziomowym parkingu, parku Embarkation Park oraz marsz Darlinghurst Road, główną ulicą Kings Cross, o którym wkrótce na pewno napiszę coś więcej.

Wyświetl większą mapę

Ławka w Embarkation Park
Ławka w Embarkation Park
Palmy w Embarkation Park w Sydney
Palmy w Embarkation Park
Kwiaty w Embarkation Park
Kwiaty bungewilli w Embarkation Park
Mieszkania na Victoria Street w Potts Point, Sydney
Mieszkania na Victoria Street w Potts Point, Sydney

 

Kamienica w Potts Point
Kamienica w Potts Point

Choć mamy wrzesień, w Sydney kilka dni temu rozpoczęła się wiosna i podczas mojego pierwszego dnia towarzyszy mi piękne słońce. Położony w dzielnicy Potts Point rejon Kings Cross za dnia może nie sprawiać ogromnego wrażenia na podróżujących. Leniwie budzi się do życia, szumiąc wodą fontanny, warkocząc silnikiem przejeżdżających ulicą samochodów, pachnąc kawą z pobliskich kafejek i kwitnącymi w parku kwiatami. Zaskakują mnie kąpiące się w fontannie ptaki: obok zwykłych gołębi stoją inne, wysokie okazy o długich, powyginanych dziobach. Od razu widać, że to najwięksi miejscy śmieciarze, rozgrzebujący wszystko, co choćby odrobinę wystaje z kubłów na śmieci.

Zobacz też
Dworzec kolejowy w Melbourne przy Flinders Street

Przemierzam sporą część Darlinghurst Road i docieram aż do ogromnego billboardu z reklamą Coca Coli, charakterystycznego punktu w Kings Cross, przy którym po raz pierwszy jestem zaczepiona przez lokalnego mieszkańca, chcącego się dowiedzieć, prawdopodobnie z powodu mojego dużego aparatu i obiektywu, dla której gazety pracuję i czy nie potrzebuję osoby, która mogłaby udzielić mi wywiadu. Mężczyzna okazuje się wiedzieć, gdzie leży Polska i próbuje przypomnieć sobie kilka polskich zwrotów, których nauczył go kiedyś przyjaciel, a które okazują się być zwrotami w języku… holenderskim. Holland, Poland… właściwie co za różnica? 😉

Kings Cross Sydney
Kings Cross
Billboard Coca Coli w Kings Cross w Sydney
Billboard Coca Coli w Kings Cross w Sydney

Decydując się na lekkie ryzyko, u Hindusa w Tandoori zamawiam za jedyne 7 dolarów lunch: curry warzywne z ryżem oraz placek ziemniaczany.

Warzywne curry w restauracji Tandoori w Kings Cross w Sydney
Warzywne curry w restauracji Tandoori w Kings Cross w Sydney

Do mieszkania wracam ulicą Victoria Street. Mijam spokojną okolicę szeregowych domków o charakterystycznym wyglądzie: są nieduże, a ich balkony przyozdobiono metalowymi barierkami, o wzorach przypominających wiktoriańskie koronki.

Domek szeregowy na Victoria Street w Potts Point, Sydney
Domek szeregowy na Victoria Street w Potts Point

Po drodze odkrywam schody McElhone, którymi wkrótce będę przechadzać się do Zatoki Wooloomooloo i do centrum. Znad brzegu dobiega mnie odgłos odpływających statków. Już wiem, że bardzo mi się tu spodoba.

Podoba Ci się? Oceń lub zostaw komentarz 🙂

4 komentarze
    • @Rosanna: „Zazdroszcze takiej wspanialej wyprawy”
      I to wlasnie jest bledem, zazdroscisz … zazdroszczac nigdy nie zobaczysz Australii ani innych miejsc. Ty wez i mysl (jak przypuszczam) jak Dorota, mysl ze kiedys to zobaczysz i kiedys tam bedzisz i nie wazne jak to osiagniesz, ale osisgniesz. Nie zazdrosc a zacznij marzyc o takiej wyprawie i zrob wszystko by ja kiedys zrealizowac. Zazdroszczac jestes z gory skazana na porazke. Przykre ale to prawda.
      Nie lubie komentarzy w takim stylu – zazdroszcze Ci.
      Dorotko! Ja sie ciesze z tego ze zrealizowalas swoje marzenie, ja tez swoje kiedys zrealizuje i pojade troszeczke dalej – do Nowej Zelandi 🙂
      Pozdrawiam z Londynu – zbyszek

Leave a Reply

Your email address will not be published.

© 2009-2021 | Dorota Kamińska blog kulinarny, przepisy, podróże i styl życia | Wszystkie prawa zastrzeżone | Część odnośników na blogu to afiliacyjne linki partnerskie | Moja książka: Superfood | Silnik: Wordpress | Serwer: Bookroom